Uncategorized

WieWiórki witają!

Witam na stronie WieWiórek mistrza Ulryka i zapraszam do czytania.

WieWiórki można znaleźć też na Facebooku oraz na Pinterest.

Reklamy
Uncategorized

Plotki

WieWiórki zakopały się dziś w nowych lekturkach, bo wczoraj przyszła paczuszka z księgarni UMK. To wielka frajda, bo z racji skąpych funduszy takie zaopatrzenie wiewiórczej spiżarni pojawia się rzadko, za to za każdym razem są to starannie wybrane smakowite lekturki. Sama przyjemność czytać.
I tym razem wiewiórkom udało się wybrać godne polecenia pozycje: jedna to nowa książka Krzysztofa Kwiatkowskiego „Zakon Niemiecki jako corporatio militaris część I”, napisana specyficznym językiem, za to z bardzo starannym opracowaniem warsztatowym materiału źródłowego. Szczególnie interesujący jest rozdział o służbie i ogólnie otoczeniu braci zakonnych, gdzie pokrótce przedstawiono kim byli i czym zajmowali się dienerzy, pachołkowie, knechci, wityngowie, zarządcy różnych dworów i tak dalej. Świetne uzupełnienie do książki J. Trupindy i S. Jóźwiaka „Organizacja życia na zamku krzyżackim w Malborku…”.
Druga książka, już przystępniej napisana, to świetnie opracowana źródłowo, i co dla wiewiórek najciekawsze, również pod kątem kultury materialnej książka W. Rozynkowskiego „Studia nad liturgią w Zakonie Krzyżackim w Prusach” (też UMK). Znajdziemy tam nie tylko informacje o samym życiu liturgicznym członków Zakonu, ale też o wyposażeniu kaplic, mszałach, relikwiarzach itd. Jasne, zwięzłe i przystępnie
napisane. Do ideału brakuje tylko tłumaczenia na polski cytowanych po staroniemiecku wypisów z tekstów źródłowych – niby człowiek rozumie, ale jednak ciągle do końca pewien nie jest czy dobrze…
A przy okazji tego wszystkiego wiewiórki dotarły do wielu nowych ploteczek (takich z serii: wiedza bezużyteczna).
Na przykład:
że
wielki mistrz Luter z Brunszwiku śpiewał w chórze w czasie mszy i jak pisze Wigand: „nadał melodii słodszą postać”. Zapewne chodziło o to, że zmienił repertuar dla chóru ale autor pisze: „wielki mistrz miał zdolności głosowe i jego obecność przyczyniła się do lepszego wykonywania śpiewu” (sic!).
że
podczas wizytacji kaplic zakonnych w okazało się, iż np. w Brodnicy w 1442 jeden z księży Krystian odprawiał w nocy liturgię a drugi był nieobecny gdyż uskarżał się na ból głowy;
że
w kaplicy w Starogrodzie w 1441 r. znajdował się dywan zdobiony w białe gwiazdki, oraz dwa inne jeden zielony a drugi brązowy
że
relikwiarze i księgi liturgiczne w czasie mszy kładziono na specjalnych jedwabnych poduszeczkach
że
w Malborku w 1410 r. zamówiono pulpit do czytania lektur w czasie posiłków (tischlesern)
że
Piotr z Ornety upomniał nowowybranego mistrza Michała Kuchmeistra, że ten nie wysłał zgodnie ze zwyczajem listu do papieża i kardynałów informującym o swoim wyborze na urząd, i że nawet papież się dziwił czemu tak długo żadnego listu nie ma… (ale wtopa 🙂 ).
że
w Toruniu i Brodnicy w 1446 bracia chcieli futer, płaszczy i butów by móc uczęszczać na nocne msze = matutiny (bo widać było zimno); a w Radzyniu i Grudziądzu i bracia i kapłani się „obijali” i nie wstawali na nie (co za niesubordynacja!), podczas gdy np. w Starogrodzie wszystko przebiegało bez zarzutu i „chór był pełny” a w Bratianie nie było nawet kapłana tylko 1 kapelan i 1 scholar (kleryk?) który w dodatku „chciał odejść” – nie wiadomo tylko czy z funkcji czy w ogóle z Zakonu.
że
komtur Markward von Salzbach (przypuszczalnie) przywiózł sobie z wojny w 1399 tatarskich jeńców (servi), i że jeńcy tacy m.in. byli „zatrudniani” do opieki nad końmi wschodniego pochodzenia (tzw. szweiki)
że
bracia zakonni nie wydają służbie poleceń. Bracia zakonni „określają przestrzeń prakseologiczną dienerów” (sic!);
i że
w roku 1321 armia marszałka von Plotzkau na skutek wzięcia niekompetentnego przewodnika, zgubiła się w lesie i z trudem wróciła do punktu wyjścia…
I tak dalej i tym podobne… 🙂
Bo jak wiadomo ze szkoły, ta historia to nudna jest……..

Uncategorized

Konrad Tyberiusz von Wallenrodt cz. 3

Dziś ostatnia z 3 części o Konradzie Wallenrodzie, ilustrowana ryciną z XVII wieku.

Inne informacje cytuję z XVIII wiecznej kroniki Jana Leo (tej co w niej jest wszystko spisywane jak leci): Jan Leo plotkuje dużo o Konradzie Wallenrodzie, np. pisze o nim tak:

”Człowiek czarny, wielkiego oblicza, gniewny, żądny zaszczytów chciwy, niezbożny, jak wyniknie z tego co nastąpi.”

Legenda głosi, że przyczyną śmierci Wallenroda mogła być wścieklizna (straszna choroba do dziś nieuleczalna); Jan – być może za Kromerem, musiałabym sprawdzić – jeszcze w innym znaczeniu łączy Wallenroda z psami:

„Mistrza Waleroda zwano pospolicie aby ubliżyć, Waltrödde, co po Germańsku znaczy dziki piesek.”

Czytamy dalej: Wallenrod wg.autora miał umrzeć podczas powrotu z kampanii wileńskiej w 1391 roku. (Znam też wersję, że umarł w Malborku):

„Roku 1393 umiera Konrad Walenrod podczas wielkiej burzy, błyskawic i grzmotów, co pospólstwo źle tłumaczyło. Poprzedziły też jego śmierć ciągłe deszcze, przez które zasiewy zgniły na polach. Wisła i Nogat zerwały nasypy.”

Skoro o śmierci Wallenroda: dalej znowu o psach (być może chodzi właśnie o atak wścieklizny):

”Ale też gdy wracał z tej wyprawy do domu, porwany wewnątrz złośliwą gorączką, popadł w obłęd z powodu wielkiego bólu, tak jakby zmagał się z psami. W takim szaleństwie wyzionął nieszczęsną duszę. A gdyby Bóg nie zabrał go spośród spraw ludzkich miał być zgładzony przez jakiś spisek.”

Intrygująca sugestia! Czyżby wielki mistrz mógł zostać otruty? Wartoby zabawić się w detektywa. Mordercy (a pewno i morderstwa) raczej nie znajdziemy, ale może chociaż domniemany motyw?
Z innych ciekawostek: zdaniem autora Wallenrod zapoczątkować miał pewien obyczaj dotyczący tytulatury:

„Konrad Celner (…)” (Conrad Zollner von Rotenstein) „(…) z tego powodu był jak najbardziej zalecany, że w miarę możliwości powściągał nieumiarkowanie swych braci, chciwie zabiegających o nową nazwę i przekonywał, że trzeba zachować dawną nazwę Apostolską i dla swej osoby zachował. Ten pierwszy przydał sobie tytuł Władcy, pisząc że jest Mistrzem z Bożej łaski i był sprawcą tego, że posługiwali się nim Wielki Komtur, Marszałek i niektórzy inni urzędnicy, co odtąd weszło w użycie. Chociaż tytułów tych wolno im było nadać z nadania Cesarza, jak powiedziane zostało na początku Zakonu.” (…)

Ponieważ zaś siedemnastowieczny autor był jezuitą, przeto przez cały czas cytuje poprzedzających go duchownych kronikarzy, którzy wskazują na swoisty „antyklerykalizm” Konrada Wallenroda:

„On sam siebie zwał przyjacielem Boga a nieprzyjacielem Kapłanów. Gottes freund, Undt aller Pfaffen feindt. Zwykł był mawiać, że w poszczególnych krainach trzeba utrzymywać  Kapłanów po jednym, z Biskupem w jakiejś znakomitszej miejscowości, aby nikomu nie przeszkadzali, a można było ich mieć wtedy, gdy sama konieczność tego wymaga do tego do czego ustanowieni zostali.”

To wiemy (ach, ta wersja już nieco rozbudowana), ale dalej jest ciekawiej:

„Umarł, jak słuszna, [sic!] bez spowiedzi i rozgrzeszenia Sakramentalnego oraz Komunii świętej. Skoro bowiem za życia znienawidził i wzgardził Kapłanów, zarówno świeckich jak i zakonnych, a nawet własnego Zakonu, których zwał psiarkami: za niegodnego ich jako sług i narzędzi Boga został przezeń uznany.”

Autor wyraźnie sugeruje, że księża mogli odmówić udzielenia sakramentów umierającemu (!). I do tego, że mistrz sobie na to zasłużył swoim postępowaniem. Co za typ! Dalej – w następnym akapicie, jednym tchem – sugeruje kolejną przyczynę, dość sensacyjną, Konrad Wallenrod miał mieć bowiem na usługach pewnego lekarza, heretyka, otwarcie sprzeciwiającego się Kościołowi; i w tym upatruje przyczynę tak drastycznego potraktowania umierającego mistrza:

„Albo też jako błędnowierca i opiekun błednowierców pozbawiony został Sakramentów
Kościoła, bo (nawet zanim Mistrzostwa dostąpił) utrzymywał u siebie Doktora Leandra,
Albańskiego lekarza, heretyka wypędzonego z Galii i miał za ulubieńca, a chociaż posługiwał się nauką, mimo to odważał się dla jej obrony schodzić z Mnichami, nawet pod karą ognia kto by nauką, mimo to odważał się dla jej obrony schodzić z Mnichami, nawet pod karą ognia kto by sprawę przegrał.”

Domniemane tezy owego Leandra (Włoch?), przez kronikarza opisane, rzeczywiście brzmią jak na owe czasy rewolucyjnie. Hipotetyczny doktor nie tylko otwarcie krytykuje hipokryzję i obyczaje kleru, ale sprzeciwia się samej jego instytucji. Niektóre tezy nawet dziś mogą zastanawiać, gdyż szczególnie potępiają obyczaj celibatu :

„Przedkładane przezeń artykuły były następujące.
1) Wszyscy, którzy mnichom i Kapłanom udzielają wsparcia, są pod władzą Diabła, bo wspierają leniuchów, podczas gdy Bóg stworzył człowieka do pracy.
2) Wszyscy Władcy, którzy wznieśli Klasztory, jak długo stoją całe, nie mogą zażywać oglądania Boga.
3) Wszyscy Mnisi i Kapłani są zakłamanymi błędnowiercami, bo nie zachowują swoich ślubów i nie czynią tego co nakazują i czego uczą.
4) Wszyscy kaznodzieje trzymani są pod władzą Diabła, ponieważ zakazują stosunku z
kobietami, który Bóg dozwolił.
5) Modlitwy, stan, dzieło i wiara każdego człowieka jednakowo Bogu się podobają i nie ma piekła, jak tylko dla tych, którzy nie są posłuszni swemu pożądaniu.
6) Odprawiać Msze, głosić kazania, spowiadać, śpiewać, obchodzić święta, pościć,
przeciwstawiać się pragnieniom serca, to wynalazek chciwych kapłanów.
7) Wszyscy, którzy dobrze myślą o Papieżu, o odpustach, o jego karach i prawach nie mogą być zbawieni przed sądem ostatecznym.
8) Wszystkie niewiasty, które odmówiły spółkowania domagającym się mężczyznom i wzajemnie wszyscy mężczyźni, którzy tego odmówili niewiastom będą oglądać Boga jakby przez ciemną zasłonę, chyba, że spełnią pokutę uprawiając nierząd poza małżeństwem.”

Wspomniany Leonard miał jednak nie dotrzeć na rozprawę kwidzyńską, zginął bowiem jak donosi autor w tajemniczych okolicznościach (czyżby go zamordowano?)

„Gdy więc on miał zacząć uroczystą rozprawę z Mnichami w Kwidzynie i już przyszedł blisko miasteczka, znaleziony został utopiony w gliniance.”

Dla przypomnienia – nie w ziemi poświęconej, ale poza nią chowano przestępców i innych „wyklętych ze społeczeństwa”, zaś wrzucenie zwłok do glinianki bądź bagna lub ścieku równało się w pewnym sensie wysłaniu go do piekła… Oczywiście wniosek dla autora (lub tego, z kogo autor cytuje) jest oczywisty:

”Z opiekunem swym Walerodem wziął życia koniec nieszczęsny, ale stosowny do swych czynów i nauki. Niemniej to czego uczył w wielu sercach utkwiło głęboko.”

Niezłe ziółko z tego Leandra, ale czy wymyślił go kronikarz kontrreformata czy też faktycznie to odbicie jakiejś herezji pokroju wody po kisielu Wiklefa? Cóż, wiemy skądinąd, że Wiklef i Hus nie pierwsi, ferment w ówczesnych strukturach kościelnych snuł się dużo wcześniej (no i tych dwóch papieży…).
*
To na razie tyle o Wallenrodzie. Jeśli coś jeszcze interesującego doniosą wiewiórki – z pewnością tu zawiśnie. A tymczasem miłego – trzynastego!

Uncategorized

Konrad Tyberiusz von Wallenrodt cz. 2

wallenrod_a_197Dziś kilka cytatów z biografii Konrada Wallenroda. Załączam też rycinę z XVII wieku.

„Konrad Wallenrod urodził się w roku 1339 z ojca Tyberyusza z linii Wallenrodów Streitau, z matki Barbary Sternberg, na chrzcie otrzymał imiona Konrad i Tyberyusz ale tylko pierwszem się podpisywał. Starożytne gniazdo Wallenrodów zamek Streiteu, leżał w Frankonii, w dawniejszem opactwie Himmelscron, w pobliżu miasta Kulmbach.”

Na drzewku u Hennebergera (gdzieś tu Gdańszczanka zamieszczała), protoplastą pruskiej linii rodu Wallenrodów ma być niejaki Mikołaj.

„W którym roku Konrad Wallenrod stanął w Prusiech i wstąpił do Zakonu nie wiadomo, ale jak sam o sobie w liście pisze był wówczas jeszcze młodym, Jan zaś [ten co opisał m.in. sobór w Konstancji itd.], który przybył równocześnie z Konradem i przez niego wychowanym został, był wtenczas chłopięciem.”

Rodzina jego była liczna, i rozrosła się jeszcze do XIX wieku aż:

„Reichenau (…) gdy w roku 1835 (…) miał zbadać jej tabelę genealogicznie, nie miał w pokoju swym miejsca na rozłożenie tej tabeli.”

Na stronie szesnastej jest opis owego słynnego a smutnego incydentu związanego z ówczesną obyczajowością rycerską, i tzw. mensa honoris (stołem honorowym), czytałam o tym wcześniej u Wiganda i od niego zaczerpniętą tę historię: był bowiem sięgający legendy króla Artura obyczaj, że podczas uczty stawiano stół przy którym usadzano rycerzy, którzy czymś nadzwyczajnym się wsławili. W Królewcu podczas przygotowań do takiej uczty rycerze angielscy i szkoccy pobili się o miejsce przy stole i jeden z nich został zabity (niejaki Szkot Wilhelm Duglas). W obliczu śmierci gościa nie wypadało wyprawiać uczty i cała impreza musiała zostać przesunięta na inny termin i inne miejsce – odbyła się dopiero pod Kownem, gdzie biesiadnicy z zostać przesunięta na inny termin i inne miejsce – odbyła się dopiero pod Kownem, gdzie biesiadnicy z przyczyn strategicznych ucztować musieli w zbrojach. Uważa się, że Wallenrod był ponoć człowiekiem porywczym (a który z Krzyżaków niby nie był…), co nawiasem mówiąc u wojowników jak wojna wojną zwykło uchodzić za cnotę, ale mało kto zwraca uwagę, że był również wybitnym dyplomatą i przezornym politykiem. Zakon np. konkurował z miastami pruskimi w sprawie hanzy i spraw handlu, i tak:

„[Wallenrod ]pierwszy wpadł na pomysł, aby obok tych miast zakładać przedmieścia należące do Zakonu i mogące paraliżować handel i politykę miast hanzeatyckich”.

Posunięcie godnie strategii marketingowej XXI wieku. Dużo rozpisuje się o tym Tandecki. O dyplomacji zaś czytamy:

„był nie tylko mistrzem we władaniu mieczem ale i mistrzem pióra, a w ciągu dwuletniego panowania napisał więcej korespondencyj dyplomatycznych, niż niejeden z jego poprzedników w ciągu lat dziesiątka.”

(No, Konrad von Jungingen go potem przegonił, ale on rządził kilkanaście lat.) Dalej też opis jak go widzieli kronikarze w tym ciekawy cytat z „Historia brevis magistrorum Ordinis Theutonicae gentis”:

„…był czarnej cery i strasznego wejrzenia, bitwom i wojnie cały oddany, nienawiść jego do Polaków przechodziła wszelkie pojęcie, i gdyby go śmierć nie była zaskoczyła, byłby im dużo złego wyrządził. Taką samą nienawiścią pałał podobno przeciw zakonnikom i księżom…”

Szczerze mówiąc na wizerunkach wcale strasznie nie wygląda. Coś tu zalewają. Ale – kolor włosów się zgadza (ciemne).
Że akurat myśmy wypadli jako wrogowie, to już nasz pech. Frapuje mnie tylko antyklerykalizm, być może tępił ciemnotę u kleru, a może jak zwykle kronikarze trochę przesadzają, bo autor pisze potem, że:

„w całym Zakonie była tendencyja dążąca do ograniczenia braci duchownych”

Wynikałoby z tego, że po prostu nie był zwolennikiem dominacji duchowieństwa, co nie dziwi, bo takie przepychanki w Państwie Zakonnym trwały cały czas. Dalej w tej materii najśmieszniejszy fragment:

„Blumenau, przechował anegdotę charakteryzującą lekceważenie duchowieństwa ze strony Wallenroda. Miał on się kiedyś wyrazić, że wielka liczba księży jest zbyteczna, że wystarczy jeden zamknięty na poddaszu, którego by na powrozie spuszczać można dla udzielania sakramentów.”

Blumenau, to ten sam plotkarz od choroby Konrada von Jungingena. Zalewał? Nie wiemy, ale wypowiedź podoba mi się nadzwyczajnie.
c.d.n.

Uncategorized

Konrad Tyberiusz von Wallenrod cz. 1

Jak wiecie, cały czas pracuję nad wyglądem mistrzów krzyżackich. Ludolfa i Plauena już liznęłam. Ulryka właściwie mam. Z Konradem Jungingenem największy kłopot, bo się chowa za filarem i nie mogę jego portretowi zrobić dobrego zdjęcia. Może nie lubi jak go focić?
wallenrodew-300x483
Nawiasem mówiąc, o prawdziwym Wallenrodzie jest bardzo fajna broszurka sprzed wieku, dostępna na KPBC, z której najbardziej zapadła mi w pamięć kwestia epistemologii – ponoć Konrad pisywał bardzo ładnie stylistycznie listy, a do tego był dobrze urodzony i wykształcony, co nie oznacza, że na rycerskim rzemiośle się nie znał, bo i owszem i tutaj ponoć nie było źle. Do tego miał poczucie humoru. Wielu ludziom swoim silnym charakterem zalazł za skórę przez co przezywano go Waltrödde – co znaczy „dziki (lub leśny) pies”.
Krążą o nim różne plotki, ponoć miał się dobrze ożenić, z czego zrezygnował i wstąpił zamiast tego do Zakonu – co mu poczytywano za zasługę i poświęcenie. Miał na pieńku ze św. Dorotą, która upierała się, że Konrad po śmierci pójdzie do piekła („bo miała wizję”), co frapujące, kronikarze sugerują, że przed śmiercią mistrzowi księża celowo odmówili udzielenia sakramentów. W ogóle o jego śmierci krążą różne historie, tradycja ludowa ubiera ją to w burzę to w porwanie przez diabły, to wreszcie w spisek. Jak było pewnie nikt się już nie dowie.
O Wallenrodzie już parę razu zabierałam się do notowania, przez co zostały mi dwa fragmenty z wcześniejszej wersji bloga. Zamieszczam je w dalszych notkach – dodam jeszcze, że bardzo lubię tę postać, a Mickiewicza nie znoszę właśnie i za to, że poematem zrobił mu ciężką krzywdę. Mało kto wie, swoją drogą, że do mickiewiczowskiego poematu Amilcare Ponchielli napisał muzykę i tak powstała opera.

Uncategorized

Zapisek

Odkąd wydawnictwa zaczęły masowo oszczędzać na korekcie, lektury stały się żródłem mocnych wrażeń. A już błędy w książkach historycznych to temat na osobną powieść, rzekłabym nawet, że na kryminał: bez trudu mogę sobie je wyobrazić jako motyw morderstwa. I nie wykluczam, że sąd by takiego mordercę nawet uniewinnił.
I nie chodzi mi tu o zwykłe „ortografy”, bo to, że np. gdzieś słowo „heca” jest napisane przez „ch” nie robi jeszcze takiego wrażenia. W końcu mamy internet. Znacznie ciekawsze efekty daje brak korekty merytorycznej i stylistycznej…
Już dawno doszłam do wniosku, iż wydawnictwa zakładają, że książki z dziedziny historii średniowiecza czytają wyłącznie specjaliści i tym specjalistom jest wszystko jedno jak co lub kto się nazywa. Nieustalona pisownia nazwisk to właściwie standard. Typowe więc jest zamienne używanie w tekście (czasem w tym samym) różnych form nazwiska tej samej osoby i to bynajmniej nie w postaci cytatu (np. Sulzbach i Salczbach albo Koeniggsegg i Kunzeck), albo używanie formy „powojennej” w stosunku do osoby znanej w źródłach i opracowaniach do 1945 r. całkiem inaczej (np. Boroszewski dawniej najczęściej „Boreszewski”/”von Boreschow”). W ogóle polska nomenklatura nazw i nazwisk pochodzenia obcego różni się poważnie od tego co znajduje się w pracach historyków zagranicznych. Miało by to jakiś sens gdybyśmy spolszczali wszystko jak leci ale nie: część jest po polsku, część po niemiecku/rosyjsku/litewsku, a część nie wiadomo po jakiemu. Pół tak, pół inaczej. Lepsi od nas są chyba tylko Rosjanie, którzy to wszystko zapisują cyrylicą w dodatku fonetycznie. Ale oni przynajmniej są w tym konsekwentni.
Jeszcze gorsze jest mieszanie nazw geograficznych i dodatkowo błędne podawanie ich pisowni (o czym już kiedyś pisałam), w efekcie teksty należy czytać albo z mapą w 4 językach jednocześnie (przedwojennym niemieckim, dawnym polskim i rosyjskim w 2 wersjach: radzieckim i dzisiejszym), albo mieć to wszystko „w głowie” wykute na blachę. I owszem znam jednego człowieka, który to potrafi ale on całe pruskie Państwo Zakonne objechał osobiście własnym samochodem z archiwalnymi mapami „w ręku”. Zajęło mu to jakieś dwa lata. Sama widziałam i słyszałam jak z detalami opisywał co się znajduje na XVII-wiecznej mapie leżącej w warszawskim archiwum i z pamięci wyjaśniał archiwiście tam pracującemu czym się różnią dwie jej wersje, bo archiwista nie wiedział. Chodziło mianowicie o to, że na wersji późniejszej jedna literka w nazwie miejscowości była zmieniona a rzeczka w innym miejscu mapy wiła się nie w lewo a w prawo… To się chyba nazywa pamięć fotograficzna. Słowo daję, że zazdroszczę człowiekowi z całej siły.
Są też błędy urocze i zabawne, oczywiście do momentu, kiedy ktoś bezmyślnie nie zacznie ich przepisywać. I tak w pewnym przekrojowym opracowaniu podano, że malowidło na zamku w Malborku przedstawia polowanie na łosia. Tych co
tam nie byli informuję, że na ścianie namalowany jest dzik. Można pojechać i sprawdzić. Autorowi po prostu pomyliły się zwierzątka. Dzik czy łoś, wsio rawno, cóż to jest raptem 300 kilo różnicy…
Z kolei z jednej z posiadanych przeze mnie książek (nie powiem z której) dowiedzieć się można, że w XV wieku jadano truskawki. Te truskawki jak w Niemca chorobę wmawiał kiedyś we mnie pewien sympatyczny historyk. Rozumiem go o tyle, że współredaktor książki był jego zwierzchnikiem… Sama mam na półce „dzieło” w którym Hildegarda z Bingen owe truskawki zaleca jako pożywienie czy może lekarstwo. „Hildzia” wedle tego o czym poinformował mnie ostatnio mój znajomy, hodowała również pomidory. Osobom niezorientowanym wyjaśniam od razu, że w XII wieku ani pomidorów ani truskawek w Europie nie było, a błąd zapewne wynika z braku kompetencji tłumacza: „Erdbeeren” po niemiecku oznacza zarówno truskawki jak i poziomki, „Pomme d’Ore” zaś to po francusku „złote jabłka”. Możliwe więc, że tłumaczono na podstawie wersji francuskiej: Hildzia skromnie zalecała jabłuszka, tłumaczowi zaś wyszły z tego pomidory… Truskawki natomiast są odmianą poziomki wyhodowaną w Ameryce Południowej w XVIII wieku. No, niech będzie, na upartego można przyjąć, że poziomki to takie wczesne europejskie truskawki…
Inna rzecz to błędy w indeksach, ale to już Wam daruję, bo to temat morze.
Powiem tylko, że moim faworytem jest pewne wydanie książki Nadolskiego o Grunwaldzie. Znajduje się tam informacja, że Werner von Tettingen był wielkim mistrzem.
Ciekawe czy Tettingen by się z tego ucieszył…
Prawdziwym jednak pretekstem do napisania tego postu stała się cholerna „zapiska”.
Istnieje znany wszystkim historykom periodyk naukowy o nazwie „Zapiski Historyczne”. Od lat publikują tam wszyscy co wybitniejsi mediewiści, siłą rzeczy więc i w pracach naukowych zawsze do „Zapisków…” jakieś odwołanie się znajdzie. Od razu mówię, nie wiem kto jako pierwszy wymyślił formę „zapiska” ale powinno się go potraktować zgodnie z prawodawstwem średniowiecznym. Myślę, że łamanie kołem połączone z wbiciem na pal i paleniem na stosie byłoby odpowiednie… Otóż ten ktoś, kto najwyraźniej nie posiadał umiejętności posługiwania się własnym językiem, liczbę mnogą „zapiski” uznał za formę rodzaju żeńskiego. Wyszła mu z tego właśnie owa „zapiska”. Ktoś inny równie rzetelnie wykształcony językowo powielił błąd w druku, i w efekcie w bardzo poważnych wydawnictwach zaczęła pojawiać się forma „zapiska”… Doszło do tego, że w jednym z opracowań znalazłam w przypisie notatkę iż w archiwum w Berlinie znajduje się zapiska. Chryste Panie… Nie wiem na jakiej podstawie powstała ta maszkara, autor najwyraźniej nie posiadał słownika, a może pomyliło mu się z „zapaską” (częścią stroju ludowego), nie mam pojęcia… Efekt jest jednak taki, że
wszyscy powielają cholerną „zapiskę”, słowo nawet w liczbie mnogiej zaczęło być traktowane w rodzaju żeńskim… Szlag mnie trafił ostatecznie wczoraj wieczorem o 12 w nocy, kiedy sama wysłałam mejl do kolegi z pytaniem czy posiada zapiskę nr jakiśtam i zorientowałam się co napisałam dopiero po naciśnięciu „wyślij”… No więc informuję oficjalnie szanownych państwa, że w języku polskim nie istnieje forma „zapiska”. Istnieje za to „zapisek”: rzeczownik jak najbardziej w rodzaju męskim. I nie ma innej formy! W liczbie mnogiej mianownik brzmi „te zapiski”, tak samo jak we wszystkich podobnych zdrobnieniach rodzaju męskiego z końcówką ek,
a więc
piesek pieski,
lase klaski (od ten lasek, w sensie mały las, nie laska jako przedmiot),
pasek paski,
lisek liski,
a nawet w nazwach osobowych np. Pipidówek Pipidówki (znów nie „Pipidówka”, bo nazwa pochodzi od miejsca z książki Z. Bałuckiego, dobrej, warto przeczytać) itd.
Natomiast słowo „zapiska” w języku polskim w ogóle nie istnieje! Owszem raz widziałam taki zapis w książce z początku XIX wieku i był to jakiś gwarowy anachronizm. Na dowód załączam fragment słownika języka polskiego, bardzo proszę, żeby nie było, że zmyślam:
SAM_1346
Pisze jak wół: „zapisek”. Rodzaj męski, trzecia deklinacja. Inna forma nie istnieje. Nie wiem jak Was, ale mnie w szkole uczono gramatyki i to wcale nie było tak dawno. Byłoby miło, gdyby jednak naukowcy – bądź co bądź humaniści z wyższym wykształceniem – oprócz języków obcych znali również język własny, którym na co dzień się posługują. Nie mówię, że mają pisać wiersze i stosować jery, ale na miłość boską, opanujmy chociaż odmianę przez przypadki! W końcu to nie jest wiedza filologiczna tylko materiał czwartej klasy szkoły podstawowej!
I odczepmy się wreszcie od tej cholernej zapiski, bo ja tego nerwowo nie wytrzymam.

Uncategorized

Dlaczego nadmiar szczęścia jest niebezpieczny – czyli notatki z „Tacuinum Sanitatis”

Od pewnego czasu zaczytuję się w traktatach średniowiecznych – a właściwie w ich internetowych tłumaczeniach (moja
łacina jest jeszcze za słaba na oryginały). Jednym z fajniejszych jest „Tacuinum sanitatis”, niezwykle popularny podręcznik
zdrowego żywienia, i ogólnie zdrowego życia. Pierwowzorem była ponoć arabska księga „Taqwin alsihha”
– („tabele
zdrowia”) napisana w Bagdadzie w XI wieku. Z tego powodu w tekście są wymienione owoce nie istniejące w Europie, np.
banany. Główna myśl traktatu to potrzeba zachowania równowagi w różnych dziedzinach życia, nie tylko w kwestii diety,
ale też wykonywanych czynności i nastrojów. Nierównowaga prowadzi do utraty wewnętrznej harmonii a tym samym do
chorób. Na marginesie: podobną myśl można znaleźć w dzisiejszych poradnikach opartych na myśli dalekiego wschodu.
Takie trochę feng shui.
Formalnie „Tacuinum…” najbardziej przypomina mi podręczniki RPG. Typowe dla opisywanych w podręcznikach czarów
lub przedmiotów, było określenie ich wartości w punktach (np. kusza zadaje k32 obrażeń w 1 turze, waży 12 punktów masy
itd.), oraz opisy zastosowań. I tu podobnie, charakterystyczne dla „Tacuinum…” jest ujęcie poszczególnych tematów w
postaci swoistej charakterystyki (w dodatku z punktacją), która określa cechy danej rzeczy. Te współczynniki przedmiotów
– jakby powiedział RPGowiec – to:
„Natura” – określa naturę, czyli właściwości rzeczy, opisane w punktach (to już czyste RPG!);
„Electio” – czyli „optimum”, kiedy dana rzecz jest najlepsza, kiedy ma własności optymalne;
„Iuuamentum” – korzyści, jakie przynosi dana rzecz, kiedy właściwie ją stosować;
„Nocumentum” jakie
przynosi szkody, kiedy używana jest niewłaściwie;
„Remotio nocumenti” remedium
na szkodliwe działanie;
Czasem dochodzi jeszcze uwaga „Quid generant” – dosł. „co wywołuje” – efekty uboczne stosowania remedium;
„Conuenit” – kiedy zaleca się stosować daną rzecz;
Prześledźmy sobie ten schemat na przykładzie pewnego rodzaju kapusty (która na ilustracji wygląda
na zdziczałą kapustę albo brukselkę ale nieważne).
kapusta
Kapusta
Natura – gorąca w stopniu 1, i sucha w stopniu 2.
Optymalna – [gdy jest] świeża i zielona
Korzyści – likwiduje obstrukcję [innymi słowy działa przeczyszczająco]
Szkody – uszkadza trzewia
Remedium – [podawać] z dużą ilością oleju
Efekty uboczne – zła krew
Zalecane dla – młodzieży o gorącym temperamencie, zimą, we wszystkich rejonach [świata]
Proste prawda? Pewnego wyjaśnienia zapewne wymagałaby ta punktacja i określenie temperamentów, ale to można znaleźć
w internecie. Zresztą na pewno mieliście to w szkole na polskim przy omawianiu starożytności.
Ale! Oprócz jarzynek traktat omawia i inne rzeczy, np. nastroje, pory roku, śnieg i lód, a także kilka czynności mających
działanie „lecznicze” lub szkodliwe, tj. prowadzące do równowagi i zdrowia. Są to m.in.: sen, opowiadanie bajek, rozmowy
przed snem, seks, gra na instrumentach i poczucie szczęścia. To ostatnie, jak się okazuje, może być czasem bardzo
niebezpieczne!
No to teraz omówmy sobie parę przykładów. Weźmy np. lód. Co może być złego w lodzie i do czego się przydaje?
Śnieg i lód:
Natura: Zimny i mokry w stopniu trzecim.
Optimum: Z dobrej, świeżej wody
Korzyści: poprawia trawienie
Szkody: wywołuje kaszel
Remedium: umiarkowane picie przed [spożyciem]
Efekty uboczne: odwodnienie stawów i paraliż
Zalecane dla – młodzieży o gorącym temperamencie, latem, we wszystkich rejonach [świata]
Skoro o lodzie mowa, to przejdźmy do pór roku. Mamy upały to może chcecie zobaczyć jak opisać w punktach lato?
Lato:
Natura: gorące w 3 st. i suche w 2 stopniu (czy więc lato w średniowieczu było średniodeszczowe?)
Optimum: początek jest najdogodniejszy dla organizmu
Korzyści: rozpuszcza resztki (w organizmie), leczy przeziębienie
Szkody: pogarsza trawienie i zwiększa poziom żółci
Remedium: zimna, wilgotna dieta
Efekty uboczne: tworzy gorące, suche humory
Zalecane dla – osób o zimnym i mokrym temperamencie, starszych ludzi i na północy
Myślę, że po ostatnim zdaniu już łapiecie w czym rzecz. 🙂 To przejdźmy do różnych czynności. O seksie sami sobie
poczytajcie po angielsku, tu skupmy się na innych ciekawostkach np. na śnie. W średniowieczu zbyt długi sen uchodził za
niezdrowy. Oto definicja snu z T.S.
Sen:
Jego natura polega na unieruchomieniu zmysłów nagrzaniu i nawodnieniu, ale w przeciętnym stopniu
Optimum: spać przez 8 godzin pomiędzy pierwszą i ostatnią godziną nocy
Korzyści: regeneruje zmysły, ciało i wspomaga trawienie
Szkody: jeśli jest bardzo długi nadmiernie stymuluje ciało i niszczy jego zalety, zwłaszcza na pusty żołądek
Remedium: mokre owoce morza
Zalecane dla: flegmatyków, wg. innych dla melancholików, najlepsze dla osób starszych o każdej porze roku i w każdym
regionie
Generalnie myśl jest taka: najlepiej spać 8 godzin na dobę od zmierzchu do świtu. Zbyt długi sen powoduje
nadpobudliwość, no i to, że się niejako „flaczeje”. Wiedzą o tym zwłaszcza kobiety: wiadomo, gęba puchnie, makijaż nie
pomaga… Najgorzej długo spać z pustym żołądkiem. Przed snem zaleca się jedzenie pochodzenia morskiego (te wszystkie
kalmary, ostrygi i ryby). Dużo snu zaleca się np. osobom starszym i o flegmatycznym usposobieniu bez względu na porę
roku i region. Jasne i proste!
Skoro wybieramy się spać zacznijmy od opowiadania bajek. Opowiadacz bajek inaczej baśniarz, to „confabulator” po
łacinie, stąd konfabulować to zmyślać. Jak się okazuje opowiadanie bajek spełnia ważną funkcję… Opis jest taki, że można
pęknąć ze śmiechu.
bajki
Baśniarz:
Jego natura polega na wywoływaniu snu.
Optimum: rodzaj [bajki] zależy od natury osoby która chce zasnąć
Korzyści: tym których to cieszy, bardzo poprawia trawienie, zmysły i podnosi na duchu
Szkody: [szkodzi] słuchanie zbyt wielu bajek, kiedy ktoś chciał wysłuchać jednej
Remedium: cisza (dla tego co nie chce więcej słuchać)
Zalecane dla – wszystkich temperamentów w każdym wieku, szczególnie dzieci, o każdej porze ale najbardziej w zimie, i
każdym rejonie.
Jak widać legendy i baśnie opowiadało się nie tylko dzieciom – był to tradycyjny rodzaj literatury. Ale kiedy nasz
„konfabulator” wreszcie sobie pójdzie, można jeszcze pogawędzić w łóżku przed snem:
Rozmowy przed snem:
Ich natura [polega na tym, że] składają się z prawdziwych i fałszywych plotek.
Optimum: najłatwiejsze do słuchania (nie wiem czy autorowi chodzi o głośność czy o treść)
Korzyści: pomagają zasnąć
Szkody: gdy dotyczą złych przyzwyczajeń (dosł. o złych obyczajach)
Remedium: zmienić [temat] nieprzyjemny na przyjemny
Zalecane dla – wszystkich, w każdym wieku, o każdej porze i każdym rejonie.
Przy różnych rozrywkach może być też nieciekawe, takie np. ostrzeżenie przed… niewłaściwym akompaniamentem.
Akompaniament do śpiewu i gra na instrumentach muzycznych:
Należą to tego również wrzaskliwe dźwięki i ochrypłe śpiewy. (i zostaliście ostrzeżeni – powinno być)
Optimum: gdy [akompaniament] jest harmonijny i podąża za głosem śpiewaka
Korzyści: wywołuje przyjemność gdy śpiewane jest słodko
Szkody: wywołuje irytację gdy śpiewane jest niskim głosem i nie do rytmu
Remedium: wrócić do rytmu danej melodii
Zalecane dla – wszystkich, w każdym wieku, o każdej porze i każdym rejonie.
Poważnie, takie książki dają naprawdę wiele radości. Ale, ale! „Tacuinum…” ostrzega też przed nadmiarem szczęścia. To
niebezpieczne być nadmiernie szczęśliwym! Oto ostatni u nas „przepis” określony w traktacie:
happy
Szczęście (chodzi o poczucie szczęścia)
Natura: manifestacja sił życiowych, generuje ciepło
Optymalne: gdy prowadzi do dobrobytu
Korzyści: doskonałe dla tych którzy są smutni lub w niebezpieczeństwie
Szkody: gdy przytrafia się zbyt często, prowadzi do śmierci (!) (chodzi zapewne o niefrasobliwość – ale jak to brzmi)
Remedium: życie wśród mądrych ludzi
Zalecane dla – osób o chłodnym temperamencie, ludzi starszych, zimą i w zimnych rejonach.
Godne zastanowienia. 🙂 Jeśli jesteście ciekawi, możecie poczytać sobie też o innych rzeczach, np. o pijaństwie.
A ja życzę miłego wieczoru, bez nadmiaru szczęścia

Uncategorized

Długi weekend z Plauenem cz.4 – A Plauen siedzi…

Ustalenia pokoju toruńskiego były dla zakonu korzystne, ale dalej Plauen próbował już przedobrzyć (o czym niżej), i w efekcie dyplomatycznie też narozrabiał.  Po pierwsze pozwolił by wydelegowano na sobór w Konstancji  dominikanina krakowskiego Jana Falkenberga, w 1411 inkwizytora w rodzinnej dla Plauena Saksonii (może sam Plauen na delegata go wybrał – diabli wiedzą). Dla polityki zakonu to był „strzał w stopę”, Falkenberg był bowiem religijnym ekstremistą i jego „Satyra na herezje i inne nikczemności Polaków oraz ich króla Jagiełły” stała w tak wielkiej sprzeczności z obowiązującym kanonem wiary, że stała się przedmiotem dochodzenia inkwizycji. Falkenberga aresztowano i tylko dzięki wstawiennictwu papieża uniknął oskarżenia o herezję i spalenia na stosie. Nie pomogło to oczywiście w żaden sposób zakonowi, za to bardzo pomogło Jagielle, który dzięki temu m.in. odniósł na soborze wielki sukces dyplomatyczny. Przy falkenbergowych bredniach „ONZ-owskie” utopie Włodkowica wydawały się głosem rozsądku. (Właściwie to powinniśmy być Falkenbergowi wdzięczni… Plauen dążył też do kolejnej wojny z Królestwem Polskim, co w obliczu ostatnich niepowodzeń wojennych i dyplomatycznych, wydawało się  współczesnym co najmniej mało rozsądne…
Wreszcie  naraził się Plauen samym zakonnikom, głównie przez to, że decyzje podejmował samowolnie, dosłownie zamykając się w pałacu i nie wpuszczając tam braci. Było to sprzeczne z obyczajem, bo mistrz nigdy nie podejmował decyzji sam, ale w porozumieniu z pozostałymi zakonnikami. Skutek tego wszystkiego był taki, że przeciw Plauenowi zawiązał się spisek. Przewodził mu Kuechmeister, któremu chyba w końcu zabrakło cierpliwości… Nawiasem mówiąc Plauen „spiął się” z nim personalnie, oskarżając go o nieprzestrzeganie ustalonych wcześniej instrukcji, gdy Michał w 1412 r. wrócił z obrad w Budzie gdzie potwierdzono ustalenia pokoju toruńskiego. Jest kwestią do zbadania, czy Kuechmeister już wtedy dopuścił się niesubordynacji. Faktem jest jednak, że kiedy we wrześniu  1413 roku stany pruskie odmówiły wyruszenia na wojnę z Polską, Michał wkroczył z oddziałem zbrojnych do komnat wielkiego mistrza i Plauena zdjął z urzędu, po czym z miejsca aresztował.
W styczniu 1414 r. Kuechmeistra wybrano wielkim mistrzem. Plauen technicznie rzecz biorąc „siedział” w areszcie. Nie siedział jednak bezczynnie prowadził bowiem ożywioną korespondencję. Dzięki temu zaplanował ucieczkę (najwyraźniej po doświadczeniach w Świeciu w nałóg mu weszło): przemycił mianowicie  list do…  Jagiełły, obiecując mu współpracę w zamian za azyl polityczny. Innymi słowy samzaoferować miał swoje usługi jako zdrajca, taki sam ja ci których z takim zaangażowaniem ścigał. Jagiełło zgodził się i zaczęto organizować wyjazd Plauena z kraju (w owym czasie na granicy funkcjonowały paszporty). Po czym w decydującym momencie król nawalił  i Henryka „sypnął” (jak sądzę celowo). Plauena złapano z dowodami współpracy z obcym władcą. W efekcie Henryk z powrotem trafił do więzienia, ale tym razem z poważnym zarzutem – zdrady. I jako zdrajcy przysługiwało mu więzienie w tak zwanych trudnych warunkach…

plauen

Mijały dni i tygodnie a Plauen siedział. Po jakimś czasie zaczął narzekać na pogarszające się zdrowie i wyżywienie, ale Kuechmeister nie reagował. Plauen zaczął więc znów pisać listy „po wszystkich świętych”, domagając się poprawy warunków aresztu. Pisał do władców, do duchownych, nawet do rodziny w Niemczech – wszystko na nic. Obecny wielki mistrz pozostawał głuchy na prośby i groźby.
Więc Plauen wciąż siedział. Nadeszła wojna głodowa, a Plauen siedział. Skończyła się a Plauen siedział. Kuechmeister ogłosił amnestię, wprowadził kontrole w administracji, przeprowadził reformę monetarną próbując walczyć z inflacją, słowem: powoli sprzątał po Jagielle i po Plauenie, a Plauen – siedział. Choć w końcu po dwóch czy trzech latach, warunki mu poprawiono i ciężkie więzienie zamieniono na areszt, to jednak… dalej siedział. Trwały rozmowy z Jagiełłą, zawiązał się Związek Pruski, wszystko dookoła się kotłowało, życie toczyło się swoim niespokojnym rytmem.
A Plauen siedział…
Wyszedł w końcu w 1422 roku, po 9 latach więzienia, uwolniony dopiero przez nowego wielkiego mistrza Russdorfa, p o  rezygnacji Michała Kuechmeistra ze stanowiska. Michał musiał być na niego naprawdę cięty… Henryka zaś mianowano prokuratorem i przeniesiono do Lochstaedt. Mieszkał tam 7 lat narzekając na braki w zaopatrzeniu. Umarł wreszcie w 1429 roku rażony apopleksją, w wieku lat około 60. Jego brat – komtur – przeżył  go o lat 20, czemu nie trzeba się dziwić bo nie siedział w więzieniu. Nawiasem mówiąc obydwaj mieli chyba końskie zdrowie…
Plauena – byłego mistrza pochowano w Kwidzynie. Dwa razy.
A przedtem archeolodzy dłubali mu w zębach.
Czy dalej uważacie, że ten bilans wypada tak całkiem pozytywnie? Bo ja mam niejakie mam wątpliwości.

*

Tu by się zapewne należało pokusić o jakieś podsumowanie… Niby się nie znam, ale z mojego osobistego punktu widzenia, zasługi Henryka dla zakonu są zdecydowanie przereklamowane. Raczej narobił szkód, i to takich, że się czkawką odbijały aż do końca istnienia Państwa Zakonnego w Prusach. Przede wszystkim jego nieco – nazwijmy to –  zbyt radykalne działania, poważnie podburzyły przeciwko władzy zakonnej pruską szlachtę i mieszczaństwo, zamiast raczej załagodzić skomplikowaną powojenną sytuację. Bez tego niepokoje być może  „rozeszłyby się po kościach”. W dziedzinie dyplomacji międzynarodowej było w sumie jeszcze gorzej. I choć faktycznie Henryk obronił Malbork (co nie było aż takie trudne, zważywszy na rozmiar i umocnienia warowni), co mu w XIX wieku poczytano za niebotyczną zasługę, to jego rządy mocno podkopały kraj politycznie  (nawet jeśli zaczątki pewnych problemów sięgały lat 80-tych XIV wieku.)
Mimo to „krwawy baron” jest z jakichś przyczyn postacią tak fascynującą, że aż „zaraźliwą”. Nie sposób się nim nie interesować.
Działa tu chyba coś jak w przypadku hrabiego Drakuli: rzadko się zdarza, żeby w tak krótkim okresie czasu jedna osoba stała się przyczyną tylu sensacyjnych wydarzeń. Żyć w jego czasach nikt by nie chciał, ale gada się o tym fantastycznie. Ot, ciekawe czasy…  Zachęcam więc do „tropienia” i obgadywania pana hrabiego – w internecie jest o nim mnóstwo. Świat jest pełen Plauenów.

 

Uncategorized

Długi weekend z Plauenem cz.3 Henryk von Plauen Starszy

Henryk von Plauen „starszy” zwierzchnikiem zakonu został niejako „fuksem”. Kiedy wojska wielkiego
mistrza spotkały się z Jagiełłą pod Grunwaldem, Plauena dzieliły od niego dwa dni drogi. Dowiedziawszy się
o klęsce wojsk zakonnych, Henryk pomyślał i ruszył w stronę Malborka. Zdążył tam przed Jagiełłą,
mieszkańców miasta ewakuował do zamku, miasto spalił i zorganizował obronę. Oblężenie trwało długo i
gdyby potrwało nieco dłużej, być może Jagiełło wziąłby zamek głodem. Jednak na szczęście dla obleganych,
Tatarom pierwszym znudziło się siedzenie pod murami i wrócili na wschód. Wraz z nimi powędrował Witold,
który najwyraźniej uznał, że bezproduktywne siedzenie pod zamkiem mu się nie opłaca. W efekcie i Jagiełło
odstąpił od oblężenia, w trakcie którego m.in. miał miejsce słynny incydent z kulą armatnią, który być może
mógł wpłynąć jakoś na ocenę wydarzeń i osoby Plauena przez wierzących w cuda Krzyżaków.
Sam wybór Henryka na wielkiego mistrza miał mieć wg. legendy również charakter nietypowy. Jak wiadomo
w bitwie pod Grunwaldem zginęła większość zakonnych dostojników i większa część biorących udział w
bitwie braci. Zostali przy życiu bracia „niższych szczebli”, ci pozostawieni w konwentach i ci, którzy nie brali
udziału w grunwaldzkiej bitwie (w tym rzecz jasna Kuechmeister, który w wyborze wielkiego mistrza udziału
nie brał, bo siedział akurat w lochu w Chęcinach, więc siłą rzeczy miał co innego na głowie). Z „mających
doświadczenie” dostojników bitwę przeżyli m.in. Tettingen i Zollern, ale żaden z nich nie został wybrany na
mistrza. Wg. legendy dlatego, że przewodniczącym kapituły został Plauen, który sam się wybrał. Miało to
wyglądać tak, że Henryk pomijając wszelkie procedury, zadać miał pytanie czy kapituła zgodzi się na wybór
osoby którą on wskaże, co m.in. miało się odbyć przez zarzucenie na ramiona płaszcza (?). Kapituła miała
zgodzić się „w ciemno” (ciekawe czy była kompletna, a co z biskupami?), po czym Plauen zarzucić miał ów
płaszcz na siebie.
Historia brzmi jak bajka o żelaznym wilku, bo po pierwsze przewodniczący kapituły nie miał prawa głosu, a
po drugie, wydaje się wątpliwe, żeby zgodzono się na coś takiego. Przypuszczam, że po prostu wybrano
Plauena ze względu na to, że i tak już kierował obroną. Nie pamiętam, czy Zollern wtedy był w Malborku, ale
i tak na początku objął stanowisko wielkiego marszałka (bo Kuechmeister w Chęcinach). Tettingenowi zaś po
Grunwaldzie mogli przypiąć łatkę „dezertera”: zgodnie z regułą zakonną rycerzowi nie wolno było bez
rozkazu opuszczać pola walki. Za coś takiego wylatywało się z zakonu z wilczym biletem.
Tak czy owak, Plauena wybrano wielkim mistrzem. Objąwszy najwyższy urząd w zakonie Henryk zaczął
Tak czy owak, Plauena wybrano wielkim mistrzem. Objąwszy najwyższy urząd w zakonie Henryk zaczął
zaprowadzać własne porządki. Przede wszystkim postanowił wyłapać wszystkich, których podejrzewał o
dopuszczenie się w czasie wojny zdrady czy nielojalności wobec władz zakonnych. I to z konsekwencją
zakrawającą na paranoję (albo celowe pozbywanie się potencjalnych przeciwników politycznych).
To wtedy właśnie za granicę uciekł dr Boroszewski, którego oskarżono, że zwiał z pieniędzmi
przeznaczonymi na wynajęcie zaciężnych, po czym pojechał do Krakowa, żeby zdradzać Jagielle tajemnice
malborskiej warowni. Defraudację zapewne dałoby się tu jakoś udowodnić, co do tego drugiego wszakże do
dziś nie wiadomo czy doktor podejrzewany był słusznie. Do lochu – bo z racji stanu duchownego nie można
było mu uciąć głowy – poszedł brat Wirsberg, podejrzewany o zdradę na rzecz Luksemburczyka – i tu jak
najbardziej słusznie. (Na marginesie: Wirsberg też miał na sumieniu machinacje finansowe, wywiózł bowiem
z Malborka srebra wielkiego mistrza w celu zabezpieczenia ich, po czym „zgubił” je w czeskiej Pradze.)
Wreszcie zwabiony ogłoszoną amnestią, wrócił z Mazowsza szlachcic chełmiński, Nicolas von Renis z
braćmi, po czym został oskarżony, uwięziony i osądzony w trybie przyspieszonym tj. z pominięciem
normalnych procedur prawnych. Pomimo odwoływania się do Jagiełły i Witolda – którzy nie stanęli w jego
obronie – Niksz został ścięty i pozbawiony majątku. Wyrok uzasadniono tym, że się przyznał (co wówczas
uchodziło za dowód w sprawie), czemu trudno się dziwić, bo jak słusznie zauważył Gajos w „Akwarium”:
„jak cię wezmą na konwejer to będziesz mówił nawet o rzeczach o których nie masz zielonego pojęcia”.
Razem z Ryńskim ścięto jeszcze jego kuzyna, czy brata również oskarżonego o zdradę. Był to jeden z
głośniejszych ale nie jedyny taki przypadek.
Słowem: Plauen wprowadził legalny terror. Tam gdzie środki legalne zawodziły, mistrz przymykał oko na
metody nielegalne (jak w Gdańsku z burmistrzami) i swoistą samowolę urzędniczą. Nic dziwnego, że był
wśród swoich poddanych raczej niepopularny…
c.d.n.

Uncategorized

Długi weekend z Plauenem cz.2 Genealogia

„Dom” (jak się to określa w genealogii niemieckiej ród) Reussów von Plauenów jest bardzo stary, jego początki sięgają XII wieku. Sami Plauenowie są jeszcze „starsi”. W X wieku (u nas czasy Bolesława Chrobrego) miał żyć pierwszy protoplasta rodu, który powrócił z wyprawy krzyżowej. Na cześć jego zasług, wszyscy męscy potomkowie rodu Plauenów do dziś noszą imię Henryk.
Wikipedia powołując się na prace niemieckiego archiwisty Bertholda Schmidta podaje, że protoplastą rodu Reuss był niejaki Heinrich Ruthenus, po raz pierwszy wzmiankowany w dokumentach 29 marca 1276 r. Był on drugim synem Henryka von Plauena, wójta Plauen – pierwszy zyskał przydomek „der Boehme” –„Czeski”. W 1289 Henryk został pasowany na rycerza, i jak się przypuszcza żył co najmniej do 1292 roku. Wzmianka w dokumentach z 15 grudnia 1294 go pomija, wg. wikipedii nie żył on już w owym czasie – umarłby więc przed ukończeniem 18 roku życia. Jego przydomek łac. „Ruthenus” nm. „Reuss” czyli „Ruski”, powstać miałby stąd, że Henryk czas jakiś przebywał na wschodzie, ponadto jego żoną zostać miała Maria Świchowska, córka księcia Galicji i księżniczka ruska.
Wydaje się jednak, że te informacje są nieprawdziwe, zupełnie inaczej wygląda to bowiem na drzewach genealogicznych.
Rzeczywiście wójt Plauen miał dwóch synów: starszego „Czeskiego” (ur. przed 1274+ -1302) i młodszego „Ruskiego” – „Reussa” – zmarłego później niż Schmidt pisał bo w 1329 i ożenionego w 1289 z Juttą von Schwarzburg-Blankenburg.
Oprócz tego miał jeszcze trzeciego syna (dominikanina) i trzy córki, w tym dwie zakonnice. Starszy syn, był protoplastą linii tak zwanej „starszej” Plauenów, i z niej pochodzili właśnie m.in. urzędujący w latach 1410-13 wielki mistrz (+1429), i jego młodszy brat komtur Gdańska (+1441). Młodsza linia, to właśnie Reussowie, Plauenowie „Ruscy”. Z niej pochodzić miał m.in. wielki mistrz Reuss-Plauen urzędujący w latach 1467-70 (zm. w Morągu, pochowany w Królewcu). Linia „Czeska” jak się zdaje zakończyła się w II połowie XVI wieku (1567 czy coś takiego). Linia „Ruska”, nieco po drodze rozgałęziona – istnieje do dziś.
Z Krzyżakami ród Plauenów wiązał swe losy wielokrotnie. Była to jedna z nielicznych znaczniejszych rodzin w Zakonie Niemieckim – członkowie rodu nosili tytuł grafa (hrabiego), w późniejszych stuleciach zyskali tytuły książęce (piszę w liczbie mnogiej, bo naturalnie rodzina się rozgałęziła). Oprócz dwóch wspomnianych mistrza i komtura, z gałęzi czeskiej pochodził brat Heinrich zm. po 1336 r. – syn protoplasty czeskiej gałęzi rodu. Z Reussów, oprócz wielkiego mistrza, byli tam jeszcze: brat „herra” von Grez, zm. po lutym 1467, wnuk jego stryja zm. po kwietniu 1525, i dwaj synowie protoplasty gałęzi Reussów: pierwszy zm. 14 lutego 1314 w Sislitten i drugi, jego brat, należący do zakonu w latach 133638 (identyczne daty wskazują, że mógł wstąpić tam wraz ze swoim „czeskim” kuzynem). Oczywiście wszyscy mieli na imię Henryk.
Henryk, który został wielkim mistrzem w latach 1410-13, był synem Henryka VII von Plauen, pana na Mühltroff (1357-80), i jego żony z rodu von Weida. „Niesławny” komtur gdański był jego młodszym bratem, może dlatego Henryka-mistrza nazywano „starszym”. Oprócz tego bracia mieli jeszcze siostrę Elżbietę (zm. 1413), która wyszła za Friedricha von Schoenburg-Glauchau (zm. 1418). Stryj i dwie ciotki Plauenów również należeli do stanu duchownego.
Wydaje się być dziwne, że nikogo nie „delegowano” tutaj na „głowę rodu”, i za mąż wyszła jedynie wspomniana Elżbieta. Może coś tu po prostu poszło niezgodnie z planem? Może Henryk wcale nie miał być zakonnikiem? Wiadomo o nim, że w latach 90-tych XIV w. będąc w młodym wieku (ur. ok. 1370) przyjechał do Prus, bynajmniej nie jako członek korporacji zakonnej ale z pielgrzymką, jako rycerz. Możliwe, że przyjechał z bratem, albo może do brata – tego nie wiem. Mogło być i tak, że coś „narozrabiał” w młodości (wiadomo, że w jakiejś walce lub bójce stracił w młodości ząb…), albo – co wydaje mi się bardziej prawdopodobne – przybył do Prus zdobyć sławę na krucjatach. Gdzieś w tym czasie w zakonie służył już Michał Kuechmeister, który miał mieć potem poważny wpływ na losy naszego Henryka.
Jakakolwiek by nie była przyczyna, po jakimś czasie Henryk von Plauen „Starszy” wstąpił do zakonu i ok. 1402 roku został mianowany komturem Nieszawy. W 1407 roku, już za czasów rządów mistrza Ulryka został komturem Świecia. Z tym komturstwem wiążą się zabawne dość zdarzenia, bowiem po sąsiedzku urzędował tam starosta bydgoski Janusz Brzozogłowy (nietypowy przydomek wziął się stąd, że starosta siwiał nierównomiernie, niejako „w placki” co wedle współczesnych kojarzyło się z korą brzozową). W czasie wojny w 1409 Plauen „darł z nim koty”. Skutkiem tego m.in. było to, że Janusz (o ile pamiętam to nawet dwukrotnie) wziął Plauena do niewoli, raz w wyniku jakiejś potyczki, drugim razem zaś wskutek „rajdu” wojsk starosty pod Świecie (w sierpniu 1409 r.) Raz Plauen sam uciekł, ale za drugim razem chyba pilnowali go porządniej, bo musiały go odbijać już wojska krzyżackie, które potem wraz z uwolnionym komturem obległy i zdobyły zamek w Bydgoszczy. Zdaje się też, że zamek nie pozostał w rękach Krzyżaków zbyt długo.
Wiele się pisze o wielkich zasługach Plauena dla zakonu i w ogóle jaki to był wspaniały mąż stanu itd. Osobiście mam co do tego pewne wątpliwości, moim zdaniem raczej poważnie zaszkodził zakonowi, a jego działania rozpoczęły serię wydarzeń, które potem doprowadziły do rozpadu państwa zakonnego w Prusach.
Ale o tym w następnym wpisie.